Chłód jest przyjemny tak samo, jak ciepło słońca. Siedzę na balkonie i patrzę na księżyc zmierzający ku pełni. Odbija się od granatu nocy i flirtuje z muślinem obłoków. Niedługo Harvest Monn, czyli pierwsza pełnia przed jesiennym zrównaniem dnia i nocy. Z tego co pamiętam, jest jakiś wzór na obliczenie daty tegoż wydarzenia, ale równie dobrze można zapytać wujka Google. Jakoś mi świta, że to 12 września tego roku.
Pamiętam styczniowy koncert Cassandry Wilsson; był udany, nawet bardzo udany. Świadczyło o tym zachowanie publiczności, gorące brawa i jakiś taki wyjątkowy klimat, trudny do zdefiniowania. To się rzadko zdarza, albo raczej ja nie miałam zbyt wielu okazji, żeby być świadkiem czegoś tak... wysublimowanego? Nie wiem. Czuło się klasę, perfekcję, dyskretny powiew wielkiego świata. A Cassandra to prawdziwa diva jazzowa, ma w sobie to coś. Jest w niej energia i jakiś niebywały spokój jednocześnie. Bardzo lubię jej głos. Głęboki, mocny z charakterystyczną chrypką. Wibrujący. Docierający w najbardziej odległe zakątki duszy. Głaskający je z czułością a jednocześnie wywołujący niepokój. I wiecie co, spokojnie mogłaby zaśpiewać bez nagłośnienia. Ale oprócz głosu, to był kawałek dobrego jazzu. Rozśmieszył mnie pewien gość, który wydarzenie skomentował jako test zero - jedynkowy: albo lubisz jazz albo nie. Zdanie wyrwane z kontekstu niewiele powiedziało o osobie, która je wypowiedziała. Ale zadałam sobie to pytanie: lubię czy nie? I nie potrafiłam jednoznacznie odpowiedzieć. To tak na marginesie. A generalnie to z zagranych kawałków znałam tylko dwa: Harvest Moon i... łeeee nie pamiętam tytułu :)
Posłuchajcie Harvest Moon, jest niezwykły...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz