Nad miastem płyną chmury popychane ręką wiatru, bawią się z błękitem nieba w chowanego, wkładają do kieszeni jasną dłoń słońca. Słucham wiatru zawodzącego w kominie i nie smakuje mi już zielona herbata. Zamykam oczy i na chwilę zapominam się zmęczona tym, co wiem o sobie i rzeczywistości tej najbliższej, uszytej z resztek, z niepotrzebnych skrawków materiałów.
Tęsknię za górskimi ścieżkami i haustem świeżego powietrza, za oderwaniem od tu i teraz. Człowieka ratują pragnienia. Tylko one są prawdziwe. Bo życie idzie swoja drogą a człowiek swoją. I nie jest to wspólna droga.
Tęsknię za górskimi ścieżkami i haustem świeżego powietrza, za oderwaniem od tu i teraz. Człowieka ratują pragnienia. Tylko one są prawdziwe. Bo życie idzie swoja drogą a człowiek swoją. I nie jest to wspólna droga.
Moim pragnieniem jest nicość. Ta czysta przedmałżeńska, przedzapłodnieniowa, przedświadomościowa, przedistotowa.
OdpowiedzUsuńcoraz mniej pragnę i coraz realniej
OdpowiedzUsuńKopacz,
OdpowiedzUsuńpojęcie nicości wymyka się mojej wyobraźni, która obecnie przebywa w zakładzie karnym. Pozostaje mi po prostacku uznać założenie Parmenidesa; Byt jest, a niebytu nie ma i żeby doświadczyć nicości musiałabym sobie strzelić w łeb.
Uliszko,
być może to faza stabilizacji, wyciszenia i nie potrzebujesz ratunku
a może wręcz przeciwnie i przepoczwarzasz się