Piątkowe wyjścia po pracy lub wieczorem stały się rytuałem w którym rzadko uczestniczę z braku czasu, ochoty lub zwyczajnego zmęczenia. Ale tym razem ulegam i daję się wyciągnąć z domu bardziej z braku asertywności niż z rzeczywistej potrzeby spędzenia czasu z ludźmi, których przecież lubię, tym samym podejmując próbę zatrzymania toczącego się we mnie procesu izolacji. Alkohol rozwiązuje języki i sympatia przełożona na słowa kolejny raz uświadamia mi, że to jak nas widzą inni często nijak ma się do tego kim się czujemy i co o sobie myślimy. Podobno nie tylko częstuję ludzi uśmiechem, życzliwością, tolerancją ale też odnajdują przy mnie spokój. Cóż, pozostaje jeszcze ta niewidoczna dla oka strona księżyca. Bagienna, rzekłabym.
mam wrażenie, że mnie też ludzie widzą od lepszej strony. albo tę gorszą skrzętnie ukrywam, albo ludzie patrzą na mnie w różowych okularach. hm. ciekawość :)
OdpowiedzUsuńdlatego tak cenni są ludzie, którzy znają i akceptują wszystkie nasze twarze
OdpowiedzUsuńEmmo, teoria względności się kłania, prawda? :) I to, czego szukamy w ludziach....
OdpowiedzUsuńUliszko, tak, masz rację
zastanawiam się, ile jest takich osób i czy w ogóle są...