Z okien mojego mieszkania widzę topole rosnące wzdłuż wyboistej drogi prowadzącej do ogródków działkowych. Zachodnie wiatry cierpliwie wyginały je w stronę wschodzącego słońca a one poddały się im i od kiedy sięgam pamięcią pochylone witają dzień.
Pamiętam ogromne topole, na które spoglądałam przez okno rodzinnego domu. Stały dumne, wyprostowane, jakby kij połknęły. Zimą w białej czapie śniegu, latem rozsiewające biały puch spomiędzy zielonych liści. Któregoś dnia zostały wycięte a wraz z nimi coś się skończyło. To było krótko przed tym, kiedy wyfrunęłam z rodzinnego gniazda. Czasami wracam i siadam na ławeczce w ogrodzie mojej matki stojącej pod oknem pokoju, w którym kiedyś mieszkałam. Przez to okno wykradałam się letnią nocą w poszukiwaniu przygód i wracałam krótko przed krzykiem budzika w pośpiechu strzepując z siebie maleńkie ziarenka piasku.
Nie tęsknię za tamtym czasem; tęsknię za widokiem tamtych topoli. To one szeleszczą mi w duszy...
Zabawne; właśnie zorientowałam się, że minął rok... :)
Pamiętam ogromne topole, na które spoglądałam przez okno rodzinnego domu. Stały dumne, wyprostowane, jakby kij połknęły. Zimą w białej czapie śniegu, latem rozsiewające biały puch spomiędzy zielonych liści. Któregoś dnia zostały wycięte a wraz z nimi coś się skończyło. To było krótko przed tym, kiedy wyfrunęłam z rodzinnego gniazda. Czasami wracam i siadam na ławeczce w ogrodzie mojej matki stojącej pod oknem pokoju, w którym kiedyś mieszkałam. Przez to okno wykradałam się letnią nocą w poszukiwaniu przygód i wracałam krótko przed krzykiem budzika w pośpiechu strzepując z siebie maleńkie ziarenka piasku.
Nie tęsknię za tamtym czasem; tęsknię za widokiem tamtych topoli. To one szeleszczą mi w duszy...
Zabawne; właśnie zorientowałam się, że minął rok... :)
Ja też miałem swoje topole za oknem rodzinnego domu. Ich szum doceniłem dopiero po latach, kiedy nie mogłem już wsłuchiwać się w ich szelest każdego swawolnego dnia. Pozdrawiam Evo.
OdpowiedzUsuńWiesz, przez siedem lat, każdego ranka biegłam do pracy uliczką, przy której rosną topole. To od nich wzięła nazwę ulica i miejsce, w którym pracowałam. I nawet kiedy zmieniłam pracę, prawie każdego dnia tam zaglądam wyrzucając z auta zaspane dziecię :)
OdpowiedzUsuńJa też Ciebie pozdrawiam, serdecznie :)
Hm, ależ topolowo. U mnie za dziecięcym oknem rósł świerk a nawet dwa, mniejszy i wielki. Tego wielkiego złamała wichura którejś jesieni. I tyle. Do dziś lubię świerki :).
OdpowiedzUsuńA ja lubię zapach świerków :)
OdpowiedzUsuńKrajobrazy wrastają w nas, szczególnie te pierwsze, najważniejsze. Ja mieszkałam z sosnami za oknem i tak zostało:-)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie:-)
Jako dziecko mieszkalam w suterynie...w ziemi mozna rzec;) Bylo bardzo przytulnie...przed domem rosl modrzew. Piekny byl.
OdpowiedzUsuńJednak z roslin bardzo mi sie podobaly te dzikie roze i ich intensywny, piekny zapach. Te mocno rozowe.
Byl tez ogrod. Dziki, pelen drzew i malin. Piekne to bylo. Doskonale dziecinstwo. Kiedys Szczecin mial jeszcze takie dzielnice...teraz stoja tam wiezowce i inne...
pozdrawiam Ewunia, ciesze sie, ze dajesz znaki zycia!!!!:))))
AsHa
Czasem tesknie do wszystkiego, do wszystkich! Z calego serca.
OdpowiedzUsuńto jeszcze raz ja:)
Uliszko, rzeczywiście tak jest. Oprócz krajobrazów żyją w nas zapachy dzieciństwa. I smaki :)
OdpowiedzUsuńNo i traumy też wciąż żywe :(
Pozdrawiam :)
AsHa, mam w pamięci zapach ogrodu, maciejki i zapach dojrzewających zbóż po drugiej stronie ulicy :)
OdpowiedzUsuńWiesz, ilekroć wpadasz tu i zostawiasz komentarz, to na moment odżywam i nawet mam ochotę coś napisać.
Ale wciąż robię porządki w szafie i nijak mi do pisania...
Dzięki, AsHa
:) porzadki w szafie! fantastyczna sprawa. podziwiam Twoj zapal. sama tez troche poukladalam, ale to 10 procent tego, co musze tam zrobic. wciaz jest cos do zrobienia.
OdpowiedzUsuńciesze sie, ze porozmawialysmy o zapachach i tych sprawach!
napisz jak posprzatasz:)))
A..a
Tak, zapachy z dzieciństwa i własnie maciejka.
OdpowiedzUsuńOpieram się o parapet, w ogrodzie, własnie tym trochę dzikim szczecińskim ogrodzie, szaleją świerszcze i Bóg wie co jeszcze cykającego, szeleszczącego, grającego... i maciejka. Jakby ogród był tylko maciejką, jeszcze cieniami gdzieś w chaszczach.
Jeszcze jeden zapach, który we mnie wrósł i pozostał. Niedzielne przedpołudnie i zapach gotującego się powolutku rosołu;) Hm, bez zapachu tego rosołu wszystko, wszystko byłoby inne. Taki on ważny. Nie pamiętam smaku a zapach tak.
AsHa,
OdpowiedzUsuńNie posprzątałam, ale napisałam. Uściski :)
Czarku,
we mnie wrósł zapach sobotnich wieczorów; czystość wypucowanego mieszkania w którym pachniało świeżo upieczone ciasto...
Hmmm, tęsknię do tego...