Jak dzwon, który zaledwie tylko tknąć
a już śpiewa
jak zabłąkanych ptaków głos,
jak liść przez chwile piękny,
nim go wiatr strąci z drzewa,
tak w nas głęboko skryte śpią...
Małe tęsknoty, krótkie tęsknoty,
znaczące prawie tyle co nic.
Nagłe i szybkie serca łopoty,
kto by tam nie znał ich.
Niewiadomo skąd zjawiaja się - zakatrzone,
wyproszą łzę, żalu łut,
posiedzą, podumają i jak gość nieproszony,
nim się rozwidni znikną już.
Małe tęsknoty, krótkie tęsknoty,
znaczące prawie tyle co nic.
Nagłe i szybkie serca łopoty,
kto by tam nie znał ich.
Małe tęsknoty, ciche marzenia,
zwiewne jak obłok kruche jak dym.
Nieodgadnione w nas duszy westchnienie,
kto by tam nie znał ich.
Lubię tę piosenkę. Przypomniałam ją sobie za sprawą słów Małgosi, które wyprawiły mnie w sentymentalną podróż do dzieciństwa i wakacji spędzanych na wsi. A trzeba wiedzieć, że w tamtych czasach lato nie było li tylko pustą nazwą pory roku; tamte lata to długie, słoneczne dni, gwałtowne burze, ciepłe wieczory i noce wypełnione zapachem maciejki i gwiazdami spadającymi z nieba...
...tak właśnie zapisała się w mojej pamięci beztroska tamtych dni. Trochę dziwi mnie to moje stwierdzenie, ponieważ tak naprawdę moje dzieciństwo nie było ani szczególnie dobre, ani beztroskie i niechętnie wracam do tamtego czasu.
Wspomnienia ogrzewają nas od środka i jednocześnie potrafią siekać nasze serca na kawałki… Ale te, odgrzebane dzisiaj, są z gatunku tych dobrych, może nawet doskonałych… Skąd nagle się wzięły? Czy ktoś wie?
Każdy przyjazd na wieś zaczynał się od zdjęcia butów, rzucenia ich w kąt i biegania na bosaka. Chciałam, tak jak moja babcia, zakładać je tylko w niedzielę do kościoła. Tam mogłam. Tam wszystko było takie proste i oczywiste. Wyprawy świtkiem rankiem na jagody, zawody, kto bardziej się nimi wybrudzi, pasanie krów na łąkach, zaganianie ich do zagród i nieporadne próby dojenia, zjeżdżanie ze stogów siana, łany dojrzewających zbóż, żniwa, gałęzie uginające się pod ciężarem dojrzałych jabłek, muchy, komary, zapach skoszonej trawy i obornika… No i makówki w ogrodzie – o tak, mak wytrząsany z wysuszonych makówek nagrzanych słońcem. Czy ktoś to jeszcze pamięta?
Małgosiu, dziękuję :)
Pamiętam:-) Przez osiem lat prawie całe wakacje spędzałam na wsi i nie chciałam nigdzie więcej. Było jeszcze zwożenie siana, spanie na sianie, gdy zwieziono je do stodoły, "hakanie" ziemniaków i buraków, odpust, dwudniowe świniobicie, łasowanie pod śliwką i na gruszy, opieka nad chorym koniem, odbieranie porodu krowy(zaczęła się cielić, gdy zostałyśmy ze starszą kuzynką same), zabawy ludowe, ścinanie kukurydzy na zielonkę dla świń, akcja "odmyszania" stodoły przed młócką, szuflowanie plew przy młockarni, codzienne zbieranie jajek, truskawkowy kogel-mogel, zbieranie pieczarek i "tańcówek" na łąkach, a potem smak jajecznicy z nimi, burza, podczas której schowaliśmy się z kuzynami w mendlu na środku pola, strojenie przydrożnej kapliczki przed Matki Boski Zielnej, miłość do pewnego bruneta, powracająca co roku i... tyle jeszcze innych.
OdpowiedzUsuńTo ja dziękuję Wam obu:-)))
Zaiste Uliszko, nic dodać nic ująć :-) Pamiętam te pierwsze zauroczenia i niecierpliwe czekanie na następne lato...
OdpowiedzUsuńi palenie fajek za stodołą hihihi ;)
Dobry czas...
I nikt nie straszyl alergią i kleszczami.
OdpowiedzUsuńPośpiewamy jeszcze?
"Nie wrocą te lata, te lata szalone..."
:) Pośpiewamy i zatańczymy i wypijemy za wspomnienia...
OdpowiedzUsuńja też pamiętam!
OdpowiedzUsuńjeszcze pamiętam łapanie ważek do słoików i wielkie zdziwienie, że nie chcą żyć ...:-(
pamiętam też zjadanie żywicy z pnia wiśni i zbieranie jej na ,,korale". trzeba było trafić na taki elastyczny koralik, żeby się go dało nawlec. jak stwardniał nadawał się już tylko do
ssania ;-))
Witaj Emmo :))
OdpowiedzUsuńŻywica z pnia wiśni? Nie próbowałam...
Ale nic straconego - lato za pasem ;)