Każdy dzień był inny i na swój sposób cudownie doskonały. W dolinie panowała wiosna, a wysoko w górach zima nadal rządziła się swoimi prawami. Sypał gęsty śnieg, porywisty wiatr wdzierał się w każdy zakamarek odzieży i igiełkami zimna torturował ciało. Mgła szczelnie wypełniała przestrzeń i zazdrośnie strzegła góry przed ludzkimi oczami.
Po zamieciach i przejmującym zimnie nadeszły słoneczne dni. Wystawiałam twarz do słońca, słuchałam śpiewu ptaków, zachłannie chłonęłam piękne widoki i pielęgnowałam ciszę w sobie. Myśli przewijały się leniwie, a ja nie poświęcałam im swojej uwagi...
Zdarzały się jednak chwile, kiedy nieoczekiwanie skupiałam się na tym, czego mi brak, zamiast cieszyć się tym, co mam. Po kilku dniach zaczęło mi również brakować przestrzeni; poczułam się osaczona przez towarzystwo i przystąpiłam do stawiania muru.
Ale wysiłek fizyczny i świeże powietrze czynią cuda; przeganiają złe myśli i pozwalają uwolnić się endorfinom. Nie było to jednak ani proste, ani łatwe :-)
...
Blimunda zbierała we flakoniki wolę ludzi, a ja pracowicie zebrałam chwile zachwytu i szczęścia z nadzieją, że pozwolą mi utrzymać się na powierzchni oceanu życia...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz