Miasto zatłoczone po dziurki w nosie albo i wyżej. Przestaję kombinować i grzecznie ustawiam się w korku. Po błękitnym niebie i słońcu ani śladu. W powietrzu czai się mgła. Zgarniam po drodze dziecko i turlamy się w stronę domu. Za zakrętem, ponad dachami miasta wyłania się czerwona kula słońca. Zapiera mi dech w piersiach.
Zobacz, jakie piękne słońce - mówię.
No coś Ty, to nie słońce, to księżyc.
Jak to księżyc, jak słońce?
Jakby to było słońce, to nie mogłabyś tak na nie patrzeć. Raziłoby Ciebie w oczy.
To słońce, zachodzące słońce.
No rzeczywiście, słońce. Przecież jedziemy na południe.
Ty, a co miałaś z geografii?
A nie jedziemy na południe?
Wybuchamy śmiechem i turlamy się dalej.
Dzień Dobry Ewo :)
OdpowiedzUsuńBardzo dużo tych słów do oswojenia.
Wróciłem i cieszę się, że jest tu ciebie tak wiele.
Czerwona kula słońca? też ją widziałem, to była godzina 6:30.
pozdrawiam :)
Witaj Zenzo :-)
OdpowiedzUsuńDzień był dobry, chociaż po czerwonej kuli słońca ani śladu, a niebo z tęsknoty zapłakało rzęsistymi łzami.
A słowa - cóż, słow zawsze dosyć; pchają się drzwiami i oknami, a kiedy są potrzebne, rozpierzchają się niczym spłoszone ptaki.