Pragnienie posiadania kota żyje we mnie od dzieciństwa.
Należałam do urwisowatych dzieci; wiecznie umorusana, rozczochrana, z poobijanymi nogami i kolekcją strupów na kolanach. Mamy moich koleżanek często zabraniały im zabaw ze mną. Musiałam sobie radzić sama. Jednym z moich ulubionych zajęć było uganianie się za kotami po całej okolicy. Sprowadzałam je do domu, a matka niezmiennie wyrzucała je za próg.
Potem znudziło mi się bycie kocią mamą.
Kolejne etapy życia nie sprzyjały podjęciu decyzji o przygarnięciu sierściucha.
Kiedyś gościliśmy u siebie Gacka. Dziwny to był kot. Z tęsknoty za domem przestał jeść. Gacek prowadził nocne życie. Kiedyś wymyślił sobie zabawę, którą wprawił nas w osłupienie. Wędrował do ostatniego pokoju i zajmował pozycję pod oknem. Następnie rozpoczynał szaleńczy bieg; rozpędzał się na wykładzinie, wpadał do przedpokoju na deski i długim ślizgiem sunął do drzwi łazienki i walił w nie głową. I tak w kółko.
Kot oszalał.
Miał też inną manierę. Powszechnie wiadomo, że koty instynktownie wybierają miejsca, w których gromadzi się niedobra energia. Dotyczy to również ludzkiego ciała – sadowią się tam, gdzie czują chorobę. Pewnej nocy przebudziłam się; coś mnie zaniepokoiło. Czuję czyjąś obecność w pokoju. Otwieram wolno oczy – ciemność. Przekręcam głowę na poduszce i w zasięgu wzroku pojawiają się wielkie kocie oczy. Kot siedzi na poduszce, prawie na mojej głowie i złowieszczo wpatruje się we mnie… Powtórzyło się to kilka razy.
No tak. To już nie podejrzenia, to już pewność – z moją głową jest coś nie tak.
Kiedy właściciele kota wrócili z wczasów, zastali zwierzaka wychudzonego i z błyskiem szaleństwa w oczach. Kiedy następnym razem wyjeżdżali, kot zostawał w domu, a ja chodziłam go karmić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz