Listopad ponurzy się za oknem a już i tak niemożebnie
krótkie dni kurczą się nadal niczym wełniany sweter w gorącej kąpieli – końca filcowania
nie widać. Ale przecież o gorącu też mowy być nie może, bo jakże to możliwe w
listopadowym chłodzie? Zatracam się w ciemności. Słońca nie widziałam od wielu
dni i zapominam, jak wygląda. Ostatnie liście opadają z drzew i tylko owoce
jarzębiny dzielnie czerwienią się na nagich gałęziach, życzą dobrego dnia,
kiedy wybiegam do pracy i smętnie witają kilkanaście godzin później, kiedy
znużona wracam do domu. Już nie pytam, jaki jest sens tego wszystkiego i po co
właściwie ta gonitwa z góry skazana na wiadomy koniec. Czasami tylko dotyka
mnie myśl: a więc to już? to wszystko? Przeganiam ją i wypełniam czas prostymi
czynnościami. Rutyna. Jak oaza spokoju, bezpieczna przystań. Można w nią
wsiąknąć i nauczyć się nie chcieć nic więcej.
Proste czynności to moje deski ratunku na listopadowym morzu ciemności ;-)
OdpowiedzUsuńTrzeba tylko uważać na drzazgi ;)
UsuńSama widzisz. Od słowa do słowa i już listopad...
OdpowiedzUsuńPozdrawiam smętnie z mojej małej Syberii:)
Słowa, słowa, słowa...
UsuńPodobno pchają się drzwiami i oknami, ale tutaj są rzadkimi gośćmi ;)
Uważaj na wilki!
Serdeczności znad morza posyłam :)