Wiosna

Wiosna

niedziela, 17 lipca 2011

Zaczęłam dzień, kiedy on dawno minął południe i zaczął zmierzać ku zachodowi. Szlafrok, przydeptane kapcie, dwie kromki razowego chleba i pomidory. Na deser zimna kawa. Rozejrzałam się wokół siebie i to, co zobaczyłam, wzbudziło mój niesmak. Jakaś patologia tu się robi, mruknęłam pod nosem. Palący Marlboro podrapał się po głowie i rzekł, że najgorsze jest to, że on nie widzi możliwości ogarnięcia tego i że to wydaje się impossible mission. Trochę mnie przytkało chociaż raczej nie zdziwiło. No tak, umiesz liczyć, licz na siebie. Albo grasz na tyle, na ile przeciwnik pozwala. Wychodzi na to, że w tym rozdaniu kart nie ma miejsca na moją słabość. Zastanawiam się, jak wrócić do siebie tej, sprzed. Ale kiedy odwracam się za siebie to widzę, że ktoś zwinął asfalt, że nie ma drogi powrotu a przynajmniej ja jej nie widzę. Chciałabym, nie powiem że nie. Ale czy na pewno? Nie widząc drogi wyjścia czy też powrotu otwieram butelkę czerwonego wytrawnego, które też przestało smakować. Kolejna ślepa uliczka. Kwiaty proszą się o przesadzenie. Wychodzę naprzeciw ich życzeniu i przesadzam je na śmietnik. Pelargonie, widząc co się dzieje, stanęły na baczność krzycząc: nie damy się!

Jest noc. Moja ulubiona pora. Łysy zagląda w okno i przegania sny. Wyruszam na poszukiwanie Morfeusza gotowa oddać mu się bezgranicznie. Wsłuchuję się w tykanie zegara. Czas przepływa obok. Kolejne czwartki, soboty, poniedziałki. A ja trwam w miejscu. Wrastam w podłoże korzeniami. Nie przesadza się starych drzew. Mijamy się mijając. Idę rozgarniając opadłe liście białą laską. Spod ich rudej pierzynki wybieram kasztany i wkładam je do kieszeni. A przecież to lato, nie czas na kasztany.

10 komentarzy:

  1. Jedyne co mamy w codzienności, to że jest, że można jej dotknąć, choć czasem to bardzo boli. To ona odkłada się wspomnieniami, to z niej pragnienia i marzenia, wiersze, muzyka i opowieści. To z niej w kieszeni kształty kasztanów na szczęście i żołędzi na siłę i dla niej wolę.
    Poza codziennością, rzeczywistością stanowioną fizycznie i mentalnie, nie ma nic, nawet niczego.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za tekst i te kasztany.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wróciłam z urlopu i jakoś nie w parze mi do mojej codzienności z przed kilku dni.. ach chciałoby się tam zostać.. słuchać szumu fal.. topić stoy w ciepłym piasku.. za rok powtórka :) i już nie mogę się doczekać:)

    Ps: w tym się nie udało ale może będzie jeszcze okazja na tą szklaneczka rumu :)?

    ciepło pozdrawiam :-*

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak, Samuelu. Dzięki codzienności możemy wyłowić z życia zdarzenia niecodzienne, wyjątkowe, rozpoznać je, odróżnić od tych zwyczajnych. Wiesz, codzienność to pewność, że czekają na ciebie przydeptane kapcie, w które rano wsuwasz stopy wstając z łóżka, to kawa, szczoteczka do zębów, droga do pracy, świadomość miejsca. Czasami nuży, czasami boli, czasami doskwiera. Zależy jak spojrzeć, zależy, ile w człowieku siły.
    Wciąż nie umiem sobie wyobrazić nicości bądź tego nic :) Staram się, ale brakuje mi wyobraźni :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Kopaczu, cała przyjemność po mojej stronie :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Panno Szepcząca, buteleczka rumu czeka na Ciebie. Zimą smakuje lepiej a plaża równie odurzająca :)
    Zapraszam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Evo, a przecież te niecodzienne zdarzenia nazajutrz już są codziennością. Tak, codzienność to pewność, że jesteśmy w jakimś miejscu przestrzeni z wyboru dokonanego kiedyś lub teraz. Ale to tez opoka, z której możemy zacząć, wybić się w nieznane i nowe. Bo jak wziąć rozbieg brnąc po kostki w sypkim piasku?
    Widzisz, takie zdarzenia węzłowe, znaczące nasza przyszłość prawie nigdy nie przypominają wybuchu supernowej, raczej zapalenie zapałki. Dopiero z biegiem dni rozpoznajemy te miejsca w czasie i w nas.

    I ja nie potrafię sobie wyobrazić nicości, bo to nie jest coś, a nie-coś, nawet bez nicości; nie anty-coś, a nieistnienie czegokolwiek

    OdpowiedzUsuń
  8. Samuelu, te wydarzenia, które nazajutrz stają się codziennością nie są niecodzienne. Chodzi o te, które zapamiętujesz jako niecodzienne. Gdyby nie smak nieszczęśnia, nie wiedziałbyś jak rozpoznać szczęście :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Eva, tu to już płyniesz po szerokiej wodzie:-)
    Mnie doświadczenie nauczyło, że te niezwykłości niezwykłe maja ograniczony i krótkotrwały wpływ na przyszłe dni. Pewnie, że nie mówię tu o jakichś traumach, jak utrata reki albo nogi, czy możliwości poruszania się. Mówię od dość przewidywalnym i średnio banalnym życiu, jakie jest udziałem większości ludzi, mimo czynionych przez nas wysiłków, by było niepowtarzalne, wyjątkowe.
    Często miałem i mam problem dość poważny z wyodrębnieniem w swojej przeszłości decyzji, czy zdarzenia, które było początkiem ciągu wyborów i działań predestynujących jakość i wagę następnych.

    Zapewniam Cie, że nie znając nieszczęścia, poczułabyś kiedy jesteś szczęśliwa:-) To raczej z określeniem dobra jest problem bez rozumienia znaczenia zła.

    OdpowiedzUsuń
  10. Samuelu! Za głęboko sięgasz. Nie chodzi mi o wpływ zdarzeń niecodziennych na codzienność. Mam na myśli prosty mechanizm, który pozwala dostrzec ich niecodzienność. Kiedy głodujące dziecko w Afryce otrzyma tabliczkę czekolady i puszkę Coli, to zapamięta to jako wydarzenie niecodzienne. Jeśli na wypaloną słońcem ziemię spadnie deszcz, to też będzie wydarzenie niecodzienne. Jeśli w krótkim okresie czasu zachorujesz i pokonasz chorobę, to też będzie niecodzienne wydarzenie. Natomiast choroba będzie trwała, to wówczas stanie się codziennością.
    Z tym szczęściem to rzeczywiście nie był najlepszy przykład :)
    Cmok :*

    OdpowiedzUsuń