Niepokój rozrasta się we mnie jak drzewo. Przyglądam się temu ze spokojną rezygnacją. Jeśli to moje przeznaczenie, to niech się wypełni. Nie stawiam pytań, nie szukam odpowiedzi. Opuszczam pokornie głowę i cicho poddaję się temu, co zakorzenia się we mnie.
Patrzę na swoje życie. Nie dostrzegam w nim nic nowego. Wszystkie ścieżki, wszystkie działania, które podejmowałam, doprowadzały mnie w końcu do miejsc, z których chciałam uciec. Zataczałam koła. Krążyłam na orbitach wielu słońc, spalałam się, ale nigdy do końca. Jakaś cząstka mnie zawsze zostawała i odradzała się na innej orbicie, w oślepiającym blasku innego słońca.
Jestem jak ćma, która ma ewolucyjnie rozwinięty mechanizm nawigacji oparty o światło. Jak ona, nie rozróżniam światła księżyca lub gwiazdy od światła emitowanego przez zwykłą żarówkę. Lecę do świecącego obiektu i rozbijam się.
Mam w sobie dziecięcą naiwność, która pozwala mi wierzyć, że wszystko jest możliwe, a ludzie, których spotykam na swojej drodze, są dobrzy i nie wyrządzą mi krzywdy. Często podejmowany przeze mnie wysiłek, nie przynosi efektu, ale naiwnie myślę, że kiedyś jednak może się uda i próbuję dalej. Jeszcze naiwność czy już głupota?
Tracę siły w pogoni za iluzją. Rozsądek to przeciętność i nuda. Jestem przeciętna i nudna, ale rozsądku we mnie nie ma.
Spłycam oddech, zamykam się w czterech ścianach i próbuję odizolować się od życia. Rzeczywistość jest najeżona kolcami. Boli.
Wzbiera we mnie krzyk. Chciałabym go uwolnić, chciałabym zawyć z bólu.
Pragnienie ostatniego oddechu. Wyjmuję je z siebie i kładę na parapecie okna. Cierpliwie poczekam; kiedyś się spełni. Może już niedługo, może jeszcze tej nocy.
Patrzę na swoje życie. Nie dostrzegam w nim nic nowego. Wszystkie ścieżki, wszystkie działania, które podejmowałam, doprowadzały mnie w końcu do miejsc, z których chciałam uciec. Zataczałam koła. Krążyłam na orbitach wielu słońc, spalałam się, ale nigdy do końca. Jakaś cząstka mnie zawsze zostawała i odradzała się na innej orbicie, w oślepiającym blasku innego słońca.
Jestem jak ćma, która ma ewolucyjnie rozwinięty mechanizm nawigacji oparty o światło. Jak ona, nie rozróżniam światła księżyca lub gwiazdy od światła emitowanego przez zwykłą żarówkę. Lecę do świecącego obiektu i rozbijam się.
Mam w sobie dziecięcą naiwność, która pozwala mi wierzyć, że wszystko jest możliwe, a ludzie, których spotykam na swojej drodze, są dobrzy i nie wyrządzą mi krzywdy. Często podejmowany przeze mnie wysiłek, nie przynosi efektu, ale naiwnie myślę, że kiedyś jednak może się uda i próbuję dalej. Jeszcze naiwność czy już głupota?
Tracę siły w pogoni za iluzją. Rozsądek to przeciętność i nuda. Jestem przeciętna i nudna, ale rozsądku we mnie nie ma.
Spłycam oddech, zamykam się w czterech ścianach i próbuję odizolować się od życia. Rzeczywistość jest najeżona kolcami. Boli.
Wzbiera we mnie krzyk. Chciałabym go uwolnić, chciałabym zawyć z bólu.
Pragnienie ostatniego oddechu. Wyjmuję je z siebie i kładę na parapecie okna. Cierpliwie poczekam; kiedyś się spełni. Może już niedługo, może jeszcze tej nocy.
Te zataczanie tych pieprzonych w większości błędnych kół, zawsze przywiedzie nas z powrotem do miejsca od którego chcieliśmy uciec jak najprędzej. Rzeczywistość nie zna litości.
OdpowiedzUsuńInnymi słowy Dzień Świstaka...
OdpowiedzUsuńEvo bardzo lubię zaglądać do Twoich myśli. Jest w nich ten rodzaj piękna, który stanowi nadzieję na przyszłość. Proszę nie zarzekaj się i nie skreślaj siebie już teraz. Jest ból, który należy oswoić, tak, by przeciętność i nuda...
OdpowiedzUsuńMy przecież nie szukamy klimatu lecz sami go tworzymy. Zawodowi iluzjoniści :)
Bardzo podobnie mogłabym napisać. Szkoda, że nie umiem.
OdpowiedzUsuńPięknie brzmi ta strofa...Oswajanie słów jest trudniejsze niż oswajanie tygrysów....
OdpowiedzUsuńnie sadzisz, ze w tej sprawie nie można polegać na świadectwie H.Poświatowskiej. Myślę, że o trudnościach w oswajania tygrysów miała raczej mgliste pojecie. Czytam uważnie twój blog i jemu podobne mimo ze cytując ciebie "Wzbiera we mnie krzyk. Chciałabym go uwolnić, chciałabym zawyć z bólu."
Anonimowy:
OdpowiedzUsuńTa strofa była dla mnie punktem wyjścia i za to H.Poświatowską cenię nic więcej nie sądząc.
Kolokwialnie mówiąc; wzrastałam na jej poezji i wiele musiało się wydarzyć, żebym zaczęła pisać.
Pomyśl, ile trzeba było odwagi, ile wiary w siebie i nadziei na przyszłość, żeby zmierzyć się z takim wyzwaniem i spróbować oswoić cokolwiek...
Dziękuję, że czytasz i czynisz to rozważnie. Bo jeśli rozważnie, to być może zechcesz zrozumieć.
Joanno, umiesz i piszesz. Przecież czytam. Od dwóch lat.
OdpowiedzUsuńZenzo: Nie skreślam siebie; wymażę siebię gumką jak niepotrzebną linię w zeszycie.
OdpowiedzUsuńAnonimowy:
OdpowiedzUsuńGburowaty ze mnie gospodarz, nie podziękowałam za wizytę ani nie pozdrowiłam; niniejszym to czynię i przepraszam ;)
To ja przepraszam. Prawidłowo odczytałaś moje intencje. A mimo to odpowiedziałaś.
OdpowiedzUsuńDostałem prztyczka w nos. Teraz jest mi jeszcze bardziej wstyd, gdy TY przepraszasz.
Twój wiersz jest o mnie, stad frustracja, powinienem teraz przygotowywać się do walki na śmierć i życie ale zamiast tego "Wzbiera we mnie krzyk. Chciałbym go uwolnić, chciałbym zawyć z bólu." A to nie wystarczy...
Tao, Miłosz napisał:
OdpowiedzUsuń„Nie przechowuj pamiątek, bo z twojej szuflady wzbije się dym trujący dla twego oddechu”.
Wyrzuć ten krzyk z siebie i zawyj z bólu – na początek wystarczy.
Uściski