Zazwyczaj pod wpływem muzyki przestaje na mnie działać prawo grawitacji, zamykam oczy i unoszę się na fali dźwięków. Ale jak tu zamknąć oczy, skoro na scenie króluje taniec?
Siedziałam z otwartymi ustami chłonąc każdy ruch, każdy dźwięk, każdą zmianę świateł, każdą zmianę scenografii…
Sonata fortepianowa b-moll, śmierć, marsz żałobny...
Wzruszenie ściska gardło, pod powiekami niebezpieczna wilgoć...
(Ja to chyba jakaś stuknięta jestem z tymi emocjami)
W drugiej części fenomenalna Beata G. i taniec wypełniony taką ekspresją, że znowu gęsia skórka, suchość w ustach, spierzchnięte wargi i niesforna łza w oku, a potem niemilknące brawa i wyraz szczęścia na twarzy młodej tancerki…
"Pomyśl, kim jesteś.Takie chwile mają dla mnie szczególną wartość, są punktem odniesienia, swoistym kapitałem zapasowym do którego sięgam w trudnych momentach życia...
Ile sekund w twoim życiu miało prawdziwą wartość, a ile było podobnych do pojemnika na makulaturę, do którego wrzuca się niepotrzebne śmieci."
Beata Pawlikowska
I dlatego muszę nagromadzić ich jak najwięcej, póki jeszcze mogę...
Piszę o Chopinie, a w tle Schumann - Three Fantasy Pieces op.73 (from Zenza) i mrówki zaczynają wędrować po skórze...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz