Przez brudne szyby zagląda słońce rozsypując się złotym pyłem na meblach, podłodze, przysiadając w kącie i na poduszce. Obserwuję jego taniec z bezmiaru łóżka, które uczyniłam swoją przystanią na dzisiaj. Słucham odgłosów dnia; szczekanie psa, stukanie obcasów, przejeżdżający samochód… Zastanawiam się, o czym do cholery jest ten świat na który przychodzimy z wyrokiem śmierci zamiast z instrukcją obsługi. Chciałabym uwolnić się od czekania, wytrzeźwieć z niego, strząsnąć z siebie kaca i odnaleźć drogę do domu. Wślizguję się w chitynowy pancerzyk. Ciało odarte ze skóry boleśnie ociera się o każdą nierówność, próbuje wpasować się w ten kostium uszyty nie na moją miarę.
Świetnie napisane.
OdpowiedzUsuńDziękuję. :)
OdpowiedzUsuń